Podczas naszej objazdówki po Stanach do El Paso całkiem przypadkiem trafiłyśmy akurat w obchody Święta Zmarłych, czyli 1-2 listopada.

Kilka słów o El Paso, które jest ładnym miasteczkiem w Teksasie, jednak nietypowym. Każda spotkana na trasie osoba na wieść, że się tam wybieramy kiwała stanowczo głową. Nie jedźcie, bo niebezpiecznie, bo was zabiją, wytną nerki i przehandlują. A wszystko za sprawą umiejscowienia El Paso, które leży przy granicy z Meksykiem, naprzeciw miasta Ciudad Juárez.

Kościół w El Paso


O Juarez nie wiedziałam nic, ale też niewiele mnie to interesowało, bo pierwotnie nie wybierałyśmy się do Meksyku. Jednak nasz gospodarz z couchsurfingu (o zgrozo, „niebezpieczne miasto i jeszcze spanie u ludzi z internetów") pochodzi właśnie z Juarez, chociaż mieszka i pracuje po amerykańskiej stronie. Po miesiącu debatowania zdecydowałyśmy się na nocleg w El Paso, a poznawszy Rodrigo wiedziałyśmy, że jesteśmy bezpieczne, więc przystałyśmy na propozycję przekroczenia granicy. Dzięki temu zobaczyłyśmy na własne oczy te „straszne miasto", wraz z barem, do którego przyjeżdżały sławy ze Stanów w czasach prohibicji.

Z Rodrigo i jego przyjaciółmi w restauracji po meksykańskiej stronie


Ale czemu to miasto wywołuje takie przerażenie? A no bo jeszcze kilka lat temu trwała tam wojna między kartelami narkotykowymi, a jeśli wierzyć wikipedii, to w samym 2010 roku zginęło ponad 3 tysiące osób. Do tego masowe mordy na kobietach itd, itd. Fakt, że host wspominał o tym, że samych by nas tam nie puścił, a do towarzyszenia nam przy przejściu przez most graniczny oddelegował kuzyna. Niesamowite jest również to, że mówił o tym mieście z czułością, jako o domu, który przez swoje specyficzne położenie stał się potworem narkotykowym.

Ale wracając do święta zmarłych…

Gopr3559


Rodrigo zabrał nas na festyn, który odbywał się na terenie uniwersytetu. Tam miałyśmy okazję zobaczyć, jak totalnie inaczej obchodzi się to święto w Meksyku, który przecież też jest krajem katolickim, jednak z całkiem innym podejściem do tematu śmierci. Kiedy my w zadumie chodzimy po cmentarzu i zapalamy znicze, Meksykanie bawią się, bo to dzień w którym zmarli mogą ich odwiedzić. Mi osobiście impreza ta przypominała wiejskie dożynki - było miejsce z różnymi tradycyjnymi potrawami (maksymalnie tanimi), były przedstawienia, koncerty, kabaret i oczywiście mariachi!



No ale nie tylko o zabawę chodzi. W takim miejscu zbudowane zostały również ołtarze, dla osób ważnych dla miasta lub które odeszły niedawno. Takie ołtarze wypełnione są kwiatami (wraz z kwiatowymi dywanami) a do środka wkłada się często zdjęcie zmarłego i różne rzeczy które lubił za życia (najczęściej owoce, słodycze, cygara i ulubiony alkohol). Temu wszystkiemu towarzyszą poprzebierani ludzie z wymalowanymi twarzami, charakterystyczne czaszki i radość. Wszędzie atmosfera radości.


Lubię nasze święto, tę zadumę, ciszę. Jak byłam młodsza to chodziłam wieczorami na cmentarz, kiedy nie było jeszcze latarni wszystkie znicze pięknie świeciły. Ale nasza tradycja jednak wiąże się trochę ze smutkiem, że naszych najbliższych nie ma. A w Meksyku jest radość, że zmarli nas odwiedzają, radość, że są w lepszym miejscu. Czy nie na tym to powinno właściwie polegać?


Więcej informacji o tradycjach Święta Zmarłych w Meksyku można znaleźć m.in. TU

Masz jakieś pytania? Pisz śmiało! Chcesz być na bieżąco? Polub mnie na facebooku !