Zacznę od tego, że to do końca nie był pierwszy raz. Kilka lat temu wygrałam jakieś wejście na ściankę, ale do dziś uważam, że mam po tym zdarzeniu traumę. Bo musicie wiedzieć, że ja się boję. Trochę wysokości, trochę tego że się połamię, trochę że się zabiję, a w dużej mierze jest to nieuzasadniony lęk, który towarzyszy mi przy wielu aktywnościach, łącznie z wyjazdami rowerowymi, o których oficjalnie mogę powiedzieć, że pokochałam całym sercem. A tam, na tym prawdziwym „pierwszym razie", jakiś pan szybko przypiął mnie do liny i kazał iść w górę. Och ile było walki ze sobą! Żeby później z tej połowy (!) ściany się puścić i zaufać, że ta lina jest dobrze zawiązana, a on, taki zajęty wszystkim innym, dobrze mnie asekuruje.

No i ta trauma była sobie gdzieś we mnie, ale też ochota na wspinaczkę wzrastała. Biorąc pod uwagę moją rowerową historię, bieganie, którego kiedyś szczerze nienawidziłam i kilka innych rzeczy których się bałam/ boję i zrobiłam/ zrobię, to stwierdzam, że trochę jestem masochistką. Ale mniejsza o to :D

Gdyby ktoś miał wątpliwości - tak, to jest sufit, nie, to nie jestem ja :D

W ramach wf-u na uniwersytecie zapisałam się na wspinaczkę. Od razu z pełnej rury, na pół roku, trochę pod przymusem, żebym nie mogła uciec po nieudanym początku. Bo wiedziałam, że tak będzie. Bo w końcu się boję, bo mam najsłabsze ręce w całym wszechświecie, bo przez moje lenistwo, fajna forma i waga jaką miałam po 3 tygodniach na rowerze w Danii stała się już tylko mglistym wspomnieniem.

Trafiłam jednak na odpowiedniego instruktora. Takiego co wszystko tłumaczy po sto razy i uważa, żebyśmy się nie zabili. Nauczyłam się wiązań, komend i wszelkich zasad. Bardzo powoli oswajałam się ze ścianą (macając ją na maksymalnie 3 metrach), a z asekuracją weszłam na kilka metrów wysokości dopiero na czwartych zajęciach. Cieszyłam się jak dziecko, kiedy puściłam ścianę i zaufałam asekuracji. Nieważne, że w tym samym momencie jakaś laska wisiała już na samej górze mega trudnej drogi. Nie porównywanie się do innych i skupienie na „swojej drodze" jest chyba najtrudniejszą lekcją jaką mam do odrobienia w tym życiu ;)

To jestem ja :)

Tak więc mijają kolejne lekcje, a ja coraz rzadziej myślę, że to moje ostatnie chwile. Wciąż popełniam mega błędy, a przy suficie byłam do tej pory tylko trzy razy, ale dumna jestem z tego jak paw. Wciąż się boję odpadnięcia ze ścianki, wciąż boję się minimalnego ryzyka. Chwyty muszą być odpowiednie, a ja pracuję na wybijaniem się i walczę o minimalną siłę w rękach. Ale bakcyla złapałam.

Jednak mój instruktor, który pragnie, abyśmy się w przyszłości nie zabili, o tej śmierci lubi dużo mówić. Ten się nie dopiął i się zabił, ten nie zawiązał pętli i się połamał, tu zapomnisz o tym i śmierć. Po pierwszych zajęciach z asekuracji dolnej byłam tak przerażona, że bałam się wejść do końca na ściance dla dzieci. Cała ta zabawa wygląda jak dwa kroki do przodu i jeden w tył. Strach, do góry, spokój, panika :D Mam jednak nadzieję, że ta przygoda nie skończy się na jednym semestrze i po cichu planuję na wiosnę "mój pierwszy raz w skałach" :)

A Ty? Próbowałeś wspinania, robisz to od dawna, chciałbyś, boisz się? Daj znać!

M.


A w takich okolicznościach będę się kiedyś wspinać :D zdjęcie: pixabay


Masz jakieś pytania? Pisz śmiało! Chcesz być na bieżąco? Polub mnie na facebooku! (i włącz powiadomienia o postach, bo fb nic Ci nie pokaże:P)