Wydawać by się mogło, że Norwegia zimą ma tylko jeden odcień, ale nic bardziej mylnego. Wsród wszędobylskiej bieli, przy odrobinie cierpliwości, zimowa Północ może zaiskrzyć się wszystkimi możliwymi odcieniami palety kolorów.

Wyjazd odbył się w ramach warsztatów fotograficznych, organizowany przez Superfemka Projekt, gdzie mogłyśmy szkolić swoje (lub zdobywać jakiekolwiek w moim przypadku :P) umięjętności związane z fotografowaniem, pod czujnym okiem Justyny Cieślikowskiej.

Zaczynamy od delikatnego różu, jaki pojawił się na niebie podczas zachodu słońca nad
fiordem w Skjerstad.


Zamarznięty brzeg w promieniach słońca wydobywał z siebie zielonawe odcienie...


... które z czasem przechodziły w odcienie żółci.


Nie mogło zabraknąć złowieszczych szarości...


które ukazywały też swoją delikatniejszą wersję...


czasem mieszając się delikatnie z bielą, pozwalając wkraść się w kadr czerwieni.



Błękit nigdy nie dawał za wygraną...


a przy fiordzie w Bodo, zamieniał się czasem w granaty...


robiąc trochę miejsca kolorowi brązowemu...


i jego jaśniejszej wersji.


W kuchni królował miedziany...


z domieszką fioletu i zieleni.


Na deser dołączyła purpura...


w błyszczącym towarzystwie.


Kolorowym widokiem za okno...


przejdziemy do wizualnych cudów.


Zorza na początku ukazuje się delikatnie...


by później zapłonąć na niebie...


i rozświetlić wszystko wokół.


Zorza nie stoi w miejscu...


ona na niebie tańczy...


by pozostawić widza bez słów.



Najbardziej ubolewam, że nie udało mi się na żadnym zdjęciu oddać ciepła domu, w którym mieszkałyśmy. Piękny i duży, urządzony w stylu skandynawskim, cieszył nie tylko widokiem z okien na fiord, nie tylko licznymi drobnymi przedmiotami jak fotel bujany, ale też pięknym i ciepłym oświetleniem, czy to z żarówek, ze świeczek, czy też z kominka.

To był niepowtarzalny wyjazd z gronie niesamowitych kobiet, który dał mi wiele, nie tylko pod względem fotograficznej wiedzy, ale i życiowej ;)