Maroko, 12 dni, trasa Marrakesh - Marzouga- Agadir, każdy z bagażem podręcznym, tanie hostele, wszystko tak jak być powinno.

m1.7.

Maroko, kraj zachodzącego słońca, to miejsce, w którym doświadczyć można wszystkiego. Znajdziesz tu ocean, góry i pustynie. To kraj, który zamieszkują dwie grupy etniczne; Arabowie i Berberowie, czyli rdzenna ludność afrykańska. To miejsce dwóch oficjalnych języków: arabskiego i francuskiego. To kraj, w którym ze względu na bliskość cywilizacji europejskiej można nawet nie poczuć, że jest się w Afryce (np. dostęp do WiFi na Saharze) i gdzie jednocześnie dziewczyna w krótkich spodenkach musi liczyć się z gardzącym wzrokiem, ponieważ religią państwa jest islam, a ortodoksyjnych wyznawców jest wielu.

2.

Po problematycznej przesiadce w Londynie-Stansted, gdzie kontrola płynów jest najgorszą z jaką miałam dotychczas do czynienia, gdzie lotnisko jest spore i oczywiście nasza bramka była na samym końcu, po 3,5 godzinnym locie dotarliśmy do Marrakeszu późnym wieczorem. Tam nastąpiło pierwsze zderzenie z kulturą: negocjacje ceny z taksówkarzami. Po pół godzinie i 3 fałszywych odejściach, cena została zbita o 100 dirhemów (1 zł = 2.68 mad), ale to jeszcze nie wszystko. Tak liczna grupa byłą zbyt łakomym kąskiem, żeby reszta taksówkarzy odpuściła, zaczęła się więc istna wojna; krzyki i wrzaski, oczywiście w języku arabskim, co tylko dodało sytuacji pikanterii, brakowało jeszcze rękoczynów. Początkowo nas to bawiło, ale po paru minutach popatrzyliśmy po sobie i zaczęliśmy wpychać się do pierwszej lepszej taksówki, gdzie kierowca krzyczał niską cenę, aby ewakuować się z tej nerwowej sytuacji.

3.

Taxi ledwo na chodzie, cuchnie niemiłosiernie. Podjeżdżamy pod główny plac Dżamaa al-Fina, który jest już całkowicie opustoszały, obok w nocnym świetle prezentuje się Kutubijja, według przewodnika „najwspanialszy minaret Maroka". Niestety skupić się na nim nie pozwala drugi szok kulturowy: wszechobecny bród, smród i końskie łajno. Zmierzamy więc przez plac do naszego hostelu, wszyscy zmęczeni i w lekkim szoku, nikt jednak nie chce nastawić się negatywnie już na samym początku.

m1.4 m1.5.


Hostel Rainbow znajduje się bardzo blisko placu, w jednej z wąskich, ciemnych uliczek. Wysoko oceniany na portalach internetowych, zachęca bardzo niskimi cenami (mniej niż 30 zł za noc). Jest niewielki, wygląda czystko i schludnie, a dzięki swojemu wystrojowi pozwala poczuć klimat Maroka. Jakiś pan śpi w naszym pokoju, na mojej poduszce leży prezerwatywa, w drugim pokoju nie ma dachu i śpi się w towarzystwie żółwi, ale któż by przejmował się drobnostkami. Upał niemiłosierny, ale dla spokoju ducha odnoście czystości zawijam sie we własne prześcieradło, paszport i pieniądze pod poduszkę i zasypiam. O 4 w nocy budzi mnie jednak biegający w popłochu po pokoju Marokańczyk, który chyba spóźnił się na modlitwę (nawoływania do niej trudno nie usłyszeć). Rano marokańskie śniadanie, typowe chleb – khubz, a do tego słodka miętowa herbata na dobry początek dnia. Następnie w planie spacer po mieście, a tu - od sprzedawców soków i pamiątek, przez dilerów haszu, po zaklinaczy kobr i małpy na łańcuchach w pampersach - tak w wielkim skrócie prezentuje się słynny plac Dżamaa al-Fina. To nie jest miejsc dla obrońców zwierząt, to na pewno, ale posiada swój specyficzny urok. Za motto tego miejsca (jak i całego kraju) można uznać zdanie „nie targujesz się, nie żyjesz", i niestety za główne zadanie należy uważać pilnowanie portfela. Jednak w świetle dnia nie wygląda to już tak strasznie, możemy spokojnie przyglądać się tutejszym ludziom i zwyczajom, po to w końcu przyjechaliśmy. Po zwiedzaniu miasta, łącznie z pięknym zielonym parkiem w centrum, czeka nas bardzo długa przeprawa przez wynajmowanie aut, aż po nocne przejście po placu. Tysiące osób, zapach tutejszych potraw wygrał na chwilę z zapachem brudnych zwierząt, dzieci żebrzące i wyrywające nasze rzeczy z rąk, możliwość kupienia chyba wszystkiego co przyjdzie na myśl. Plac jest niesamowicie interesującym miejscem, aczkolwiek fakt wpisania go w 2001r. na listę światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, był dla mnie nie lada zaskoczeniem.

m1.6. m1.8.m1.10. m1.9.

Godzina 5 rano następnego dnia, ok. 800km drogi przed nami. Podchodzimy do aut, a tam "fałszywi parkingowi", których w tym mieście nie brakuje. Nasz auto odjeżdża w spokoju, inne pakuje się w pośpiechu i odjeżdża z otwartym bagażnikiem, przed innym jakiś mężczyzna staje z kijem w dłoni i karze płacić. Pobudka jak z filmu sensacyjnego. Wyjeżdżamy z Marrakeszu i choć nikt nie żałuje, że tu przyjechał, wszyscy oddychają z ulgą…

m1.12.

Ciąg dalszy nastąpi ;) A w nim jak zgubić się w Górach Atlas bez paliwa ;)

Zdjęcia by Owcunia