Jaki to ma sens ? Krótka refleksja po przeczytaniu książki Tomka Michniewicza.

"Po co jeździmy po tym świecie, jaki to wszystko ma sens? Ryszard Kapuściński narzekał na takich jak ja, turystów z plecakami rozbijających się po backpackerskich hostelach. Uważał, że wystarczy nam samo bycie gdzieś daleko. Że miałcy jesteśmy, puści. Że wyjeżdżamy, nawet nie zastanawiając się po co."

Mój krótki pobyt w szpitalu i zalecany odpoczynek pozwolił mi wreszcie doczytać kilka książek. Jedną z nich była przeze mnie bardzo wyczekiwana nowość od Tomka Michniewicza. Poprzednią, „Swoją drogą", pochłonęłam i polecam wszystkim.

I tak jak po przeczytaniu poprzedniej w głowie rozbrzmiewało mi pytanie, czy chcę przeżyć pięć lat swojego życia, czy ten sam rok pięć razy, co dało mi kopa do planowania kolejnych wyjazdów i uzmysłowiło, jak bardzo chcę próbować nowych rzeczy, doświadczać, poznawać, tak teraz jest totalnie odwrotnie. Po przeczytaniu wpadłam raczej w stan melancholii, a pytanie jakie tym razem kołacze się po głowie to bardziej jaki ma sens to całe podróżowanie?

Książka w kilku niezwykle ciekawych historiach pokazuje, jak bardzo mylny może być nasz obraz rzeczywistości, jak kłamliwy. Jak obok rajskich plaż na Malediwach istnieje wyspa złożona ze śmieci i ścieków spływających z hoteli, jak wszyscy „tubylcy" z wycieczek fakultatywnych organizowanych przez wielkie hotele, codziennie odgrywają dla nas, turystów z pieniędzmi, małe teatrzyki. Uświadamia nam, że nie wszyscy Pakistańczycy to terroryści, a Polska nie dba o swój narodowy skarb w postaci żołnierzy sił specjalnych. Ale oprócz tych opowieści przemykają ciągle pytania na temat tego, na ile tak naprawdę możemy poznać miejsce przez nas odwiedzane.

„Nie ma już białych plam na mapie, skończyła się era odkrywców. Może zaczęła się epoka poznawców i tłumaczy kultur, ale czemu to poznanie ma służyć?"

Automatycznie zaczęłam te wszystkie pytania zadawać sobie. Od pewnego czasu wyjazdy przestały być dla mnie tylko rozrywką, ba, odpoczynek zszedł nawet na bardzo daleki plan. Skupiłam się na poznawaniu (nawet już nie marzyłam o odkrywaniu czegokolwiek). Poznawaniu kraju, ludzi, smakowaniu jedzenia. Na rozmowach, a gdy wszelkie interakcje zaczynają być męczące, na spokojnym obserwowaniu. A później można jeszcze podzielić się jakąś refleksją, poradą. I to mi w zupełności wystarczyło. Ale właściwie po co?

Dla mnie poznanie ma służyć zrozumieniu. Innych ludzi, świata, samego siebie. Ale czy faktycznie to coś daje? Przynosi jakieś wymierzalne dobro? Jeśli tak to komu? Przecież „tam" nic nie zmienię, a „tu"?

A czy to nie jest tak, że egoistycznie wchodzę w czyjeś życie z buciorami, zadaję pytania i niejednokrotnie śmiem oceniać ?

Na pewno nie taki był zamiar autora, bo wierzę, że chodziło o zmuszenie czytelnika do pewnej refleksji, ale u mnie ostudziło to entuzjazm. Mam to nieprzyjemne uczucie, że choćbym nie wiem jak się starała, mieszkała u „tubylców", jadła z nimi, prowadziła interesujące rozmowy o wszechświecie, nigdy nie zobaczę ich prawdziwego świata.

„Ale który z tych równoległych światów to ten prawdziwy?"

Widzę tanie bilety na Malediwy. Chyba odpuszczę.