Prom na wyspę odpływa dwa razy dziennie z miasta, które samo w sobie może być celem podróży – Aleksandropolis.

  • Ok. godziny 10.00 i 16.00 – koszt. 14.5 € w jedną stronę (najbardziej opłacają się wyjazdy na dłuższy czas)

My takiego planu nie miałyśmy, ale jak to zwykle bywa, zostałyśmy zmuszone. Ja, moja rosyjska koleżanka i 4 Greczynki. Ponieważ jakiś niedospany kierowca nie zapakował naszego namiotu do bagażnika, musiałyśmy spędzić 7h w Aleksandropolis, rozbijając się przy stolikach kawiarni, czekając na kolejny autobus i kolejny prom (upał w lipcu nie do zniesienia). Pierwszy raz płynęłam promem i nie ukrywałam swojej radości stojąc na końcu i udają Kate z Titanica;) Po 2h jesteśmy na wyspie gdzie a) trzeba mieć auto, b) czasem jest autobus, c) polecam stopa. Nas niestety było sporo więc czekaliśmy na autobus. Rozbiłyśmy namioty na półzorganizowanym campingu, który wygląda dość prosto – ustawiasz namiot gdzie chcesz, na terenie znajdują się 2 kompleksy sanitarne: kilka zlewów, zewnętrzne prysznice i toalety (czytaj dziura ze spłuczką), jedna kawiarnia/bar (z ogólnodostępnymi gniazdkami elektrycznymi i baaaardzo tanimi artykułami) i plaża. Piękna kamienista, naturalna plaża z najczystszą wodą jaką kiedykolwiek w życiu widziałam. Może trochę zimna, może kamienie ostre, ale woda cudowna.

  • Do wyboru spanie na dziko (preferowane przez większość), camping częściowo zorganizowany – za 5 noclegów ok. 15€ za osobę plus dodatkowe euro za namiot oraz camping zorganizowany (głównie dla rodzin)

Przygoda nr 5

Zanim rozbiłyśmy namiot, poszłam nad wodę. Byłam poinformowana o wolnym stylu życia odwiedzających wyspę, ale widok starszego pana, o długich siwych włosach i brodzie, oraz jego (nie ukrywając) dużych rozmiarów penisa, jako pierwszy dany mi widok na wyspie, trochę jednak zbił mnie z pantałyku.
Okazało się, że jest to ulubione miejsce prawdziwych hippisów, kochających wolność i nieograniczających się nawet kawałkiem majtek. Jest tam też żywa legenda, mężczyzna o włosach po pas, który mieszka w małym namiociku z liści, którego wszyscy znają (a on wszystkich zaczepia pytając np. „Czy te piersi do kogoś należą?"), a zarabia na wypożyczalni rowerów (oficjalnie).
Podobno jest tam też Polak, który mieszka na wyspie przez cały rok (reszta głównie sezonowo) i kolekcjonuje ryby.


2.

Następnego dnia wybrałyśmy się na wodospady. Według informacji miało to być 20 minut piechotą. Według nas 2 godziny w piekielnym upale. Ale było warto, niewielki i piękny wodospad, znów czysta woda, znów miejsce nienaruszone przez człowieka.

Kolejnego dnia podobna pomyłka co do oszacowania trasy, jeszcze dłużej przez skały, strumyki, wspinaczka i skoki w dal. Ale opłacało się jeszcze bardziej, bo kolejny wodospad jeszcze piękniejszy Jak się okazało, był to pierwszy z 7, na kolejne trzeba było się już mocno wspinać, po niezbyt zabezpieczonych szlakach, przecież to nienaruszone miejsce. Ciekawą opcją było wynajęcie przewodnika, który wyglądał jak uosobienie kultury hipisowskiej, miał długi kij i skakał ze skały na skałę jak włochata małpka.

Wyspa posiada 3 główne miejsca. Port, przy którym znajduje się kilka restauracji (najlepsze owoce morza!), ryneczek ze sklepem i „miasteczko".
Do ryneczku z campingu jest ok. 30 minut piechotą. Na miejscu sklep, restauracje, typowa grecka tawerna (muzyka na żywo – zespół z akordeonem, pomidory i śliwki do zagryzienia ouzo) i placyk, na którym spotykają się wszyscy lokalni muzycy. I tak o północy, około 50 osób bierze udział w spontanicznym jam session. Bębny, gitary, tamburyna, czas się tam naprawdę zatrzymał.

Przygoda nr 6

Przy „ryneczku" znajdują się gorące termy. Są wypasione płatne i tak samo fajne darmowe kawałek pod górkę. Woda jest krystaliczna i gorąca/parząca w zależności, do którego zbiornika się wejdzie. 6 dziewczyn w strojach kąpielowych leży w termach, bawiąc się zdrowotnym błotem. Nie minęło 15 minut, a dookoła nas było 10 facetów, wszyscy jak ich Pan Bóg stworzył, którzy wskakiwali do wrzątku i wyskakiwali swoimi gołymi tyłkami na kamienny murek. Termy, gorąco, zdrowie – ja to wszystko rozumiem. Ale podczas 5 dni na wyspie widziałam chyba 100 golasów, nie byłam na to mentalnie przygotowana :)

3.

Z kolei „miasteczko" to ta bardziej cywilizowana część wyspy, zamieszkana przez tutejszych. Sklepy z pamiątkami, kawiarenki, wąskie, piękne uliczki, białe domki z niebieskimi dachami – najbardziej popularne wyobrażenie greckiej wyspy spowodowane widokówkami z Santorini w katalogach biur podróży.

  • Dojeżdża tam autobus i dla tych widoków jest warto zapłacić te 3 euro.

Jeśli chodzi o przysmaki Samotraki, to oprócz oczywistych ryb i owoców morza (jak tu nie kochać smażonych kalmarów ! I dalej twierdzę, że ośmiornica smakuje jak kurczak z rybą) i wszędobylskich śliwek hojnie rozdawanych za darmo, należy spróbować kozinę. Ok. 7-10 euro za kawałek kozy, który z warzywami w papierowej torebce piecze się na ogromnym rożnie przez kilka godzin. Tak delikatnego i soczystego mięsa jeszcze nie próbowałam !

4.

Przygoda nr 7

Ostatniego dnia na wyspie się chmurzyło. Ale tylko trochę, z jednej strony, a to z drugiej. Wieczorem na plaży obserwować można było nadchodzącą burzę. Trochę popadało, przestało, a to znów. Przesiedziałyśmy większość w barze, a gdy się uspokoiło poszłyśmy spać. Namiot trochę przemókł, ale nie było źle. Ok. godziny 3 w nocy rozpętało się piekło. Obstawiam, że spotkały się wszystkie 4 burze i urządziły imprezę nad naszą nieszczęsną wyspą. Zalało oczywiście tylko mój namiot. Stanęłyśmy z koleżanką przed decyzją: przenosimy wszystko do drugiego namiotu i śpimy tam w 4 osoby, czy przenosimy rzeczy i idziemy pić. Jako że ja Polka, ona Rosjanka, padło na drugą opcję. Śpiwór i poduszka w dłoń – idziemy. Po drodze napotkałyśmy na rzekę zamiast drogi i największy możliwy prysznic z nieba. Ludzie z baru patrzyli na nas z politowaniem. Aby się nie przeziębić kupiłyśmy wino. A po nim jeszcze jedno… i jeszcze… Wróciłyśmy wciąż jeszcze mokre o 6 nad ranem w cudownych nastrojach!

5.

Z powodu burzy, która rano znów nas odwiedziła i zalała wszystko w trakcie pakowania, uzyskałyśmy informację, ze promu nie będzie. Ale jak to ? Ja na drugi dzień mam samolot do Barcelony z Salonik ! Wszystkie mokre, wszystko mokre i piekielnie ciężkie, bez pieniędzy i nadziei na poprawę pogody. Nowe informacje – będzie prom ! Ale nie ma autobusu do portu. Pani z campingu wzięła od nas mniej za namioty, więc starczyło na taxi, która ledwo przejechała, bo przez jedyną drogę na wyspie płynęła aktualnie rzeka.
Dotarłyśmy w jednym kawałku, ale oczywiście na drugi dzień gorączka, katar, gruźlica i inne takie.

Muszę się przyznać, że nigdy nie byłam fanką takich wycieczek, do miejsc dzikich, gdzie codziennie trzeba pokonywać kilometry w upale, wspinać się itp. Z lekkim zażenowaniem przyznaję, że kiedyś leżenie plackiem na plaży sprawiało mi największą frajdę. Dziś z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że cokolwiek się tam nie działo i z początku mi nie odpowiadało, teraz wspominam najlepiej i widzę jak wiele mnie to nauczyło. Dziś wiem, że kiedyś tam wrócę, dla tej nietkniętej natury, tego spokoju i klimatu ;)


6.

Tablica w kawiarni

Czas : 5 dni
Budżet : ok. 75 euro
29€ – prom
15€– namioty
25€ – jedzenie
5€ – autobusy