Nie było szalonych przygód, imprez i popijawy, chociaż rozgrzewający alkohol nie raz by się przydał. Nie było słonecznej plaży, z cieplutkim piaskiem, kąpieli w słonym morzu i drinków z palemką. Nie było lenistwa, odpoczynku, nawet z górki nie było.


Była za to głęboka cisza. Taka, jakiej już cieżko doświadczyć, bo tak trudno znaleźć miejsca nieosaczone jeszcze przez ludzi.

Była natura, co to zapiera dech w piersiach. Swoim pięknem, ogromem i siłą. Taka, która przypomina, jacy malutcy jesteśmy.

Było zmęczenie jazdą, zimno od deszczu i wiatru, zawiedzenie pogodą, bezsilność wobec czynników zewnętrznych, żal związany ze zmiana planów.

Była też radość z pojedynczych promieni słońca, których zwykle się nie docenia. Ciągła bliskość z kochaną osobą, której wciąż brakuje i duma z pokonanych przeszkód.


Prostota. To chyba najlepsze słowo. Prostota życia w drodze, ale także życia obserwowanego wśród ludzi mieszkających w domkach wciśniętych miedzy dwie siły natury - wodę i skały. Radość z prostych rzeczy, smaku podarowanej śliwki, pięciu minut gorącego prysznica, z ciepłego śpiwora.

I wzruszenie z powodu bezinteresownej pomocy obcych ludzi.


Pokora. Przede wszystkim taką lekcję można dostać. Naukę o tym, że nie jesteśmy panami świata, że nie wszystko idzie zgodnie z planem, a świat się nie zmieni tylko dlatego, że nam się coś nie podoba. Daje umiejętność dostosowania i uniezależnienia od czynników zewnętrznych - pogoda nie robi już na mnie takiego wrażenia, to zawsze jakiś początek. Daje zdolność doceniania tego, co jest nam dane na co dzień.


Nienawidząc każdej niekończącej się górę, każdej kropli deszczu, przeklinając siebie za ten durny pomysł, na który nie byłam całkiem przygotowana, już wtedy wiedziałam, że nadejdzie taki dzień, kiedy za tym zatęsknię. Za zimnym namiotem, mokrym siodełkiem i zadyszką. Za spokojem, ciszą i jasnym celem. W hałasie pędzącego miasta.


Masz jakieś pytania? Pisz śmiało! Chcesz być na bieżąco? Polub mnie na facebooku !